Marka Gaszyńskiego amerykańska metoda przemawiania

Na wspomnieniach fali…

Na wstępie słów kilka do Wszystkich, którzy zaglądają na stronę www.zztk.pl. Wspólnie zdecydowaliśmy, że będziemy czynili starania, aby była ona rzetelnym źródłem informacji, co „ludzie ZZTK” robią społecznie dla Twórców. Ale chcemy także, aby znalazły się na niej wspomnienia luminarzy polskiej kultury. Pisane nieraz „z przymrużeniem oka”, ale i „z łezką w oku”. Dlatego poprosiłam Znanych i Lubianych, aby „popłynęli na wspomnieniach fali…” Zaczynamy i czekamy na Was! (baj)

Marka Gaszyńskiego amerykańska metoda przemawiania

Pierwszego „zaatakowałam” (bez rękoczynów!), co mi wytknął w pierwszych słowach… Barbara poprosiła mnie, bym się czymś pochwalił, mówiła „jesteś taki stary, to pewnie masz coś śmiesznego do opowiedzenia. Miałeś jakieś sukcesy w życiu? Pomyśl, może coś Ci wpadnie do głowy, to wtedy to opisz – przecież naszą witrynę trzeba czymś zapełnić”. Zaprosiła mnie tymi miłymi słowami zwłaszcza o sukcesie: co prawda nie bardzo pamiętam znaczenie tego słowa, ale czymś trzeba przecież naszą witrynę zapełnić, więc do zapełniania siadłem…

Ostatnio, w marcu i kwietniu, byłem na kilku spotkaniach autorskich, ale nie w wielkich miastach i w wielkich reprezentacyjnych salach, lecz w dwóch niewielkich miasteczkach, w sali gimnastycznej szkoły Tysiąclecia i w skromnym, niewielkim Domu Kultury.

Bywam w takich miejscach jako ex-dziennikarz Polskiego Radia, autor kilku średnio znanych tekstów, z których jeden jest grany do tańca w knajpach, w których brak jest nawet porządnej rury, drugi wyją kibice najbardziej znienawidzonego w całej Polsce klubu piłki kopanej, a trzeci jest w repertuarze zespołu nieuznawanego i niepokazywanego przez polską telewizję państwową, za to przetaczającego się przez nasz kraj od ponad 55 lat.

Konkretnie, byłem w Gogolinie, na Śląsku Opolskim i w Grajewie, kilkadziesiąt kilometrów na północny wschód od Białegostoku. Spora jest różnica między tymi miejscowościami: Gogolin jest czyściutki, spokojny, rozłożony na większej powierzchni, a Grajewo bardziej jest skupione wokół swego centrum, bardziej tętni życiem, ale zabudowę ma raczej niechlujną architektonicznie, i – niestety – więcej tam ogólnego bałaganu i przypadkowości niż w Gogolinie. Burmistrzowie są podobni do siebie. Obaj to potężne chłopy, silne fizycznie, wytrzymałe, mężczyzni, którzy czują się dobrze w każdym towarzystwie, nie tylko przy dobrze wyglądającym stole.

Widać wyraźnie, że i burmistrzowie i mieszkańcy tych miasteczek żądni (spragnieni) są kultury, sztuki, wizyt artystów twórców, ludzi popularnych, celebrytów. Celebrytą to ja jeszcze nie jestem, ale z piórem mam trochę do czynienia, a przede wszystkim związany jestem z muzyką – ona zaś ludzi do siebie zbliża, więcej powiem – przyciąga.

Więc gdy Pani Dyrektor szkoły albo Pan Dyrektor Domu Kultury już mnie przedstawili – często stosując wobec mnie określenia „legendarny” wymiennie używając terminu „kultowy” i mylnie lokując mnie w gronie magistrów filologii w miejsce filozofii lub socjologii – zaczynam coś mówić. Najczęściej na początek odwołuję się do JFK określającego się jako Berlińczyka lub do Hemara podkreślającego, że „tylko we Lwowie” i mówię, żem Gogolanin lub Grajczanin, dorzucając jakiś – wygrzebany w Wikipedii historyczny szczegół związany z G. lub G. Wywołuje to paroksyzm powszechnego uznania dla mojej osoby, i dalej jedziemy bezczelnie i bezboleśnie. Przyjąłem amerykańską metodę przemawiania: najpierw anegdota, dowcip lub pochlebstwo, by już na stałe kupić sobie widza złudnym poczuciem jedności i solidarności wynikających z przekonania o wspólnocie losu, miejsca i myślenia.

Rozwijam zatem mój skomplikowany życiorys, bo już dawno temu zauważyłem, że ludzie wolą, gdy mówię o sobie – bardziej ich ciekawi to, co w życiu robiłem, z kim robiłem, za ile robiłem i co mi się nie udało zrobić, niż najprościej opowiedziana, pełna tragizmu, ofiar i łez historia jazzu w Polsce, ZSRR i w Niemczech czasów Hitlera, lub kapiące złotem życiorysy wielkich gwiazd rock and rolla. Ludzie w Gogolinie i w Grajewie nie chcą słuchać historii uczącego się gry na trąbce czarnego chłopca mieszkającego w ubogim Domu Dziecka w dalekim i kompletnie im obcym cywilizacyjnie Nowym Orleanie.

Zamiast tego chcą wiedzieć jak to się stało, że chłopak (Czesław Wydrzycki) urodzony na ziemi polskiej (dziś jest to Białoruś), pochodzący z biednej polskiej rodziny katolickiej , doszedł do tego, że śpiewał na maratonach festiwalowych we Włoszech, skąd przywiózł sobie piękną kruczoczarną kochankę, jak potem zmanipulowała go politycznie reżymowa telewizja, jak próbowano go niesłusznie oskarżyć o pokazywanie gołego tyłka w Radomsku. Ludzie chcieliby słuchać o tym, jak ten wielki muzyk walczył z ciężką chorobą, jak umierał w jednym z warszawskich szpitali i jak potem odrodził się na nowo w jednej ze swych piosenek, wybranej przez kiboli stołecznego klubu piłkarskiego, rozrzucających w trakcie meczu zapalone race na boisko stadionu w piłkarzy przeciwnej drużyny, nazywając ich Żydami i pieszczotliwie murzynkami Bambo. Ludzie wolą słuchać takich opowieści bardziej niż wykładu o historii pewnego gatunku muzycznego. I – co mnie bardzo ucieszyło – wolą słuchać o muzyce polskiej, a nie o zachodniej.

Pamiętam jak to było z nami, przed laty – gdy razem z Witkiem Pogranicznym zaczynaliśmy naszą pracę radiową w Radiostacji Harcerskiej: byliśmy obaj tak zafascynowani muzyką anglo -amerykańską, że najchętniej w naszych audycjach nadawalibyśmy wyłącznie piosenki śpiewane po angielsku. Wynikało to wówczas z tego, że w taśmotece radiowej były prawie wyłącznie nagrania z czterech – jakby je określić? – gatunków: polska muzyka ludowa (kapele Dzierżanowskiego, Wesołowskego i Edwarda Ciukszy), piosenki operetkowe, to, co śpiewa Janek Kiepura, eleganckie polskie piosenkarki z pięknie ustawionymi pięknymi głosami (Rena Rolska), lub bezbarwne i bez temperamentu (Marta Mirska) panie mizdrzące się sztucznym luzikiem, wykonawcy, którym zdawało się, że śpiewają ze swingiem, podczas gdy śpiewali z radiowymi orkiestrami mistrza Jana Cajmera i Jerzego Haralda).

Wracam do Grajewa, od którego tak daleko odbiegłem, do miasta, w którym urodził się i mieszkał przez ponad 25 pierwszych lat swego życia kompozytor, pianista i pedagog Antoni Czajkowski. Jest świetnym pedagogiem, uczył muzyki, śpiewu, gry na fortepianie najpierw młodzież grajewską, teraz bydgoską (gdzie wyjechał za głosem serca).

Na takich spotkaniach w różnych innych Gajewach czy Gogolinach wypytywano mnie w dawnych czasach o różne publicznie niepodawane sprawy. Ile za skomponowanie jednego tańca rodem z Argentyny zarobił jeden z lubelskich muzyków i kompozytorów zarazem. Albo, ile zarabia Jacek Cygan za napisanie jednego tekstu, ile Halina Frąckowiak zapłaciła za swój wyjątkowy metalowy strój, o którym jeden z widzów amfiteatru krzyczał, że to konserwa i on prosi o klucz.

Były też pytania o to, ile Lucjan Kydryński zarabia za prowadzenie Sopockiego Festiwalu, dlaczego Seweryn Krajewski rozstał się był z Urszulą Sipińską, a potem z Heleną Vondrackovą, kim była Anna Maria z piosenki Krzysztofa Dzikowskiego. Pewna grupa pytań dotyczyła seksu, naturalnie pozamałżeńskiego, bo ten małżeński jest już aż za dobrze znany.

Kasa i seks, te dwa tematy próbowały zdominować wiele moich spotkań autorskich, a obydwa połączyli w jednej piosence: Maryla Rodowicz jako wykonawczyni, Andrzej Korzyński jako kompozytor i Krzysztof Kasowski jako autor tekstów, znany jako KASA a zwany „grzecznym raperem”, może nawet zbyt grzecznym by być prawdziwym raperem. A propos takich przydomków, określeń charakteryzujących ludzi muzyki – Wojtek Gąssowski nazywany jest „salonowym rock and rollowcem”.

W tym miejscu na spotkaniach autorskich dodaję, że w polskim show businessie nie było nigdy ani zbyt dużo ostentacyjnego seksu, ani zbyt wysokich ostentacyjnych zarobków, zgodnie z filozofią jednego z moich profesorów, Leszka Kołakowskiego. Sytuacja ta wynika może bardziej z polityki ekonomicznej i położenia geograficznego takiego państwa jak nasze, a nie z założeń pewnej życiowej filozoficznej doktryny. Najwyższe chyba zarobki w historii naszego show businessu (Czesław Niemen używał wymiennie określenia paszoł biznes), miał w latach 60. ub. wieku Pan Władysław Szpilman – otrzymywał je jako dyrektor muzyczny Polskiego Radia, często koncertujący muzyk (muzyka klasyczna) oraz kompozytor piosenek dla dzieci i rozrywkowych przebojów. Legenda mówi, że Szpilman, który lubił elegancko się ubierać się – miał w szafie 10 garniturów, i – by nie razić takim bogactwem – wszystkie były jednakie: ten sam krój, kolor i styl. Dziś z tych trzech określeń wobec stroju męskiego, żadne nie jest ważne.

Rafał Olbiński, polski grafik, ilustrator i malarz zamieszkały na stałe w USA, którego – jak nikogo innego –stać na stroje niezwykle eleganckie (bardzo drogie) ubiera się niemal jak paryski gavroche: ciasnawa, ale zapięta na jeden (środkowy) guzik marynareczka o trudnym do ustalenia kolorze, buty typu współczesne trampki, spodnie maksymalnie opięte na tyłku rurki, o nadal nijakim kolorze, T- shirt z jakimś niewyraźnym obrazkiem, włosy tak zrobione, by każdy sterczał w inną stronę, a na szyi czasem tkwi element dość odważnie dobrany do pozostałych tkwiących na nim przedmiotów. Rafał może sobie na to pozwolić, ma do tego odpowiednią figurę i zajęcie: ilustruje na nowo okładki wielkiej serii płyt ze słynnymi operami.

Oper na spotkaniach nie pokazuję, ich uczestnicy wolą bowiem inną muzykę. Przynosiłem ją najpierw na winylach, potem na CD, a obecnie na maleńkim „pen drajwie”. Oto kilka utworów cieszących ludzi:

  1. kompozycja Boba Marleya „Iron lion Zion” z roku 1973, ale w nagraniu z roku 2014 w wersji pochodzącej z koncertu Carlosa Santany w Meksyku utrwalonej na płycie „Corazon”. Jednym z solistów jest syn Boba, Ziggy Marley.

  2. „Miss You”, utwór napisany w roku 1979 przez spółkę Jagger/

Richards, ale w nagraniu pochodzącym z płyty „Crossroads” i w wykonaniu Buddy Guya, Richardsa, Ronnie Wooda (obaj z zespołu The Rolling Stones) oraz nadzieja amerykańskiej muzyki bluesowej śpiewający gitarzysta Johnny Lang,

  1. „Mammish boy”, kompozycja Muddy Watersa z roku 1955, w autorskim nagraniu z roku 1981 podczas występu w Chicago, w klubie należącym do Buddy Guya pod nazwą „Checkerboard Lounge” z udziałem goszczących tam Jaggera, Richardsa i Wooda.

  2. piosenka „Heartache tonight”, kompozycja Glenna Freya, Dona Henleya, Bob Seegera i J.D. Southera napisana w roku 1979 dla zespołu The Eagles. Ta wersja pochodzi z płyty koncertowej z roku 2005.

  3. amerykański aktor filmowy Bradley Cooper(m in film „Snajper” z 2014 roku) „gra” na gitarze solówkę Lou Reeda w utworze „Down by the River” podczas telewizyjnego show prowadzonego przez Jimmy Fallona.

To jest pięć pozycji nie-polskich w moich spotkaniach autorskich. Prezentuję nagrania amerykańskie absolutnie idealne, doskonałe pod względem technicznym i artystycznym. Chętnie bym prezentował polskie, gdybym tylko takie miał.

PS. W Gogolinie niebawem będę ponownie, bo pod koniec maja Ojcowie tego miasta celebrują 50. rocznicę ustanowienia tam praw miejskich w Gogolinie, oraz 50. rocznicę postawienia tam pomnika Karolinki, która do Gogolina szła, a za nią zmierzał tam niejaki Karliczek, do tego z flaszką wina.

Kończę już, a ponieważ jest to korespondencja między Panią Barbarą a mną, zapytam ją teraz o coś: „Pani Barbaro, może być? Zapełni?” Dziękuję! Zapełni! I czekam na atrakcyjne wspominki z Gogolina.